X


[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nie powinna nawet o niej myśleć.
- Człowiek musi mieć jakiś cel - odparła spokojnie. - Pań�
skim celem jest najwyrazniej popełnienie różnych grzechów.
52
- Wcale nie - zaprzeczył. - Nie jestem nawet pewien, czy
potrafiłbym je wszystkie wymienić.
Z szerokim uśmiechem podniosła dłonie i zaczęła wyliczać
na palcach.
- Zawiść, duma, chciwość, pożądanie, gniew, obżarstwo
i lenistwo.
- Są jeszcze jakieś grzechy poza tymi siedmioma? - zapy�
tał z niechęcią.
- O tak! Są grzechy, które wołają o pomstę do nieba, i grzechy
niemal anielskie. Nie wystarczy mi palców, by je wyliczyć.
- Chyba nie powinienem przekomarzać się na temat grze�
chów z córką pastora.
- Przekomarzanie się nie należy do grzechów, Wasza Wyso�
kość. Nawet w dzień święty.
- Tak sądziłem. - Odwrócił się ku niej, przynajmniej na ty�
le, na ile pozwalała na to ciasnota wnętrza. - Czy nie mogli�
byśmy porozmawiać o czymś przyjemniejszym niż ognie pie�
kielne i potępienie?
Rozbawiona Amariah odchyliła się, przybierając dość wy�
zywającą pozę, która nie pasowała do surowego stroju.
- Same wady nie prowadzą jeszcze do wiecznego potępienia
- zapewniła. - Natomiast jeśli człowiek nie wykazuje skruchy
i brnie w grzechy bez opamiętania, może mieć po śmierci kło�
poty. Jeśli jednak woli pan przerwać rozważania o stanie swo�
jej duszy, nie mam nic przeciwko zmianie tematu.
- Doskonale. - Guilford odczuł większą ulgę, niż gotów
byłby przyznać. - Więc o czym porozmawiamy? O pogodzie?
O tłumie na ulicach? O tym, gdzie dzisiaj zjemy obiad? A mo�
że o tym, który z członków klubu jest szulerem?
Tylko na sekundę na jej twarzy odmalowało się zdumie�
nie - Amariah doskonale potrafiła ukrywać uczucia - ale
53
to wystarczyło, by pojął, iż to, czego wczoraj dowiedział
się, niechcący podsłuchując rozmowę dwóch służących,
było prawdą.
- Szuler w Penny House?
Uśmiechnął się. Znowu miał nad nią przewagę.
- Nie zaprzeczyła pani.
- To zbyt absurdalne, by zaprzeczać. Członkowie naszego
klubu wywodzą się z najlepszych rodzin w kraju. Jak mogła�
bym podejrzewać, iż jeden z tych dżentelmenów jest szule�
rem?
- Dżentelmeni nienawidzą przegrywać, może nawet bar�
dziej niż mężczyzni z niższych sfer. Dżentelmeni również
mogą być zdesperowani. Jeśli jest pani naprawdę tak bezgra�
nicznie ufna, to powinienem natychmiast powiadomić o tym
komitet klubu, zanim pozwoli pani, by jakiś bandzior ukradł
pani sprzed nosa wszystkie walory.
Amariah zarumieniła się z gniewu.
- Do tego nie dojdzie, Wasza Wysokość. Ma pan moje
słowo.
Uśmiechnął się pobłażliwie.
- Chce pani uniknąć skandalu, moja droga.
- Nieprawda - rzuciła ostrym tonem. - Podjęłam działania,
żeby z tym skończyć. Powinien pan poznać mnie już na tyle,
by wiedzieć, że nie wahałabym się poprosić o wsparcie, gdy�
bym go potrzebowała.
- A pani powinna zwrócić się do mnie, kiedy pojawiają
się problemy. Znacznie lepiej sięgnąć po linę ratunkową, niż
spaść w przepaść.
- Fascynujące. Widzi się pan w tej roli, Wasza Wysokość?
- Och, postrzegam się w wielu bardzo różnych rolach, pan�
no Penny.
54
- Naprawdę nie mam ochoty wymyślać skandalu tylko po
to, by panu o nim opowiedzieć.
- A jeśli nie trzeba go wymyślać? Jeśli jest prawdziwy?,
- Ale nie jest.
Westchnął i postanowił na razie ustąpić.
- Jest pani upartym stworzeniem, panno Penny.
- Znowu pan nawiązuje do tej idiotycznej historii z jędzą,
prawda? Dlaczego kiedy mężczyzna obstaje przy swoim, to
jest stanowczy, jeśli natomiast kobieta robi to samo, jest
uparta?
Wybuchnął śmiechem. Była wspaniała! Może i jędza, ale
jego podziw dla niej jeszcze wzrósł.
- Uznaję pani krytykę. Jest pani stanowcza, nie uparta.
- Zapewne powinnam panu za to podziękować. A może to
wcale nie był komplement?
- Był - zapewnił. - Zresztą w pełni zasłużony. Jeśli pani so�
bie życzy, mam więcej komplementów na podorędziu.
- Na pewno. - Skrzywiła się lekko. - Proponuję jednak cie�
kawszy temat rozmowy, Wasza Wysokość. Porozmawiajmy
o panu.
- O mnie? - Tego się nie spodziewał. - Gotów jestem zaak�
ceptować ten temat pod warunkiem, że nie będziemy dysku�
tować o moich grzechach. Może zacznę od stwierdzenia, jak
bardzo cieszę się pani towarzystwem.
- Proszę sobie darować. Wiem, że lubi pan moje towarzy�
stwo, bo w przeciwnym razie nie prosiłby mnie pan o spotka�
nie. Chciałabym dowiedzieć się o panu czegoś nowego. Pro�
szę mi opowiedzieć o swoim dzieciństwie - jak miał na imię
pana pierwszy kucyk, na jakie drzewo najchętniej pan właził,
jaką jarzynę uważał pan za najwstrętniejszą. Krótko mówiąc:
jakim był pan chłopcem?
55
- Prawdę mówiąc, nie byłem grzecznym dzieckiem - od�
parł Guilford ze śmiechem. - Byłem jedynym synem, długo
oczekiwanym dziedzicem tytułu, który urodził się po czterech
dziewczynkach, kiedy już wszyscy stracili nadzieję na męskie�
go potomka. Przyszedłem na świat w siedem lat po najmłod�
szej siostrze i rozdzwoniły się wszystkie dzwony w okolicy, by
obwieścić światu ten niespodziewany uśmiech losu. Byłem tak
rozpieszczany i hołubiony, że aż dziw, iż nie zostałem kom�
pletnie zepsuty.
Uśmiechnęła się złośliwie.
- Niektórzy mogliby z tym polemizować.
Odwzajemnił jej uśmiech. Kobiety nie wypytywały go
zwykle o dzieciństwo, a jej zainteresowanie sprawiło mu
przyjemność.
- Rzeczywiście miałem wspaniałe dzieciństwo. Większą
część roku spędzałem na wsi, w Guilford Abbey, pakując się
we wszystkie tarapaty, jakie tylko mogłem.
- To w Essex, prawda?
- W Devon - poprawił. W jego głosie, gdy zatonął w ra�
dosnych wspomnieniach z dzieciństwa, dzwięczała wyrazna
duma. - Mój ojciec zwykł mawiać, że Devon to raj na ziemi,
a dla chłopca trudno o lepsze miejsce do dorastania. Co roku
dostawałem w lecie nowego kucyka odpowiedniego do mo�
jego wzrostu, miałem całe stado psów, z którymi hasałem po
polach, i łódkę, którą pływałem po stawie. Z wujkami i mę�
żami sióstr chodziłem na ryby i na polowania, z kuzynami
bawiłem się w sadzie w wojnę amerykańską, a ze służącymi
zajadałem się biszkoptami z dżemem przy wielkim kuchen�
nym stole.
- Nawet służba pana psuła - stwierdziła Amariah, zerkając
na Guilforda spod ronda paskudnego kapelusza.
- 56 ~
- Och, służba była najgorsza! Kucharka miała do mnie wy�
jątkową słabość i zawsze piekła mi specjalne małe ciasteczka
z moimi inicjałami wydrapanymi na skórce.
Amariah się uśmiechnęła.
- Niczego więcej pan nie pragnął.
- Absolutnie niczego - przyznał. - Byłem najszczęśliwszym
małym łobuziakiem pod słońcem.
- Mam nadzieję, że nigdy pan o tym nie zapomni - powie�
działa i wyjrzała przez okno, bo powóz zwolnił. - Jesteśmy
na miejscu.
Książę zdumiony popatrzył przez okno, bo tak zatonął
w szczęśliwych wspomnieniach, że nie zdawał sobie sprawy,
jak szybko jechali. Spojrzał i natychmiast spochmurniał.
Trudno wyobrazić sobie większy kontrast z zielonymi
wzgórzami Devon, które przed chwilą opisywał. Już dawno
opuścili schludne, eleganckie okolice St. James Square i zna�
lezli się w tej części Londynu, której nie znał. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • thierry.pev.pl
  •